Najnowszy Komentarz - POLSKA JEST OK

W poprzednim tygodniu nie dokonaliśmy zmiany składu naszego portfela i nadal posiadamy na większości platform 50 % UFK akcji polskich, 20 % UFK Templetona... Czytaj całość

„Cinkciarze i spekulanci”Wywiad 1

Większość maklerów i graczy giełdowych mówi jak ważne są doświadczenie, intuicja spekulanta i własna metodologia gry. Że nie istnieją żadne kursy maklerskie które mogły by jej nauczyć, a najlepszym uniwersytetem jest sama giełda. W Pana przypadku to 26 lat intensywnej nauki. Jak więc zarabiać na giełdzie? Jak wyczuć początek i koniec hossy i bessy i kto tak naprawdę rządzi polskim rynkiem?

Jest Pan sadomasochistą?

… Dlaczego miałbym być?

Nie wiem, co jest gorsze – praca w kopalni czy gra na giełdzie. Dla mnie to wszystko jedno. Stres jest potężny, ciągle jak na beczce z prochem.

Pewnie wyobraża Pani sobie, że gra na giełdzie jest jak rosyjska ruletka? Całe życie balansuje się nad przepaścią?

Mniej więcej.

Od dawna nie odczuwam dużego stresu. Mam swoje doświadczenie i – metodologię, której nie da się zbudować w oparciu o książki, a tylko i wyłącznie poprzez własne, nierzadko bardzo bolesne doświadczenia.

Jak długo budował Pan swoją metodologię?

Całe giełdowe życie.

Jest Pan związany z warszawskim parkietem od pierwszej sesji. Miała ona miejsce 26 lat temu, 16 kwietnia 1991 roku.

Nawet wcześniej. Uczęszczałem na pierwszy w Polsce kurs maklerski organizowany przez słynną fundację Centrum Prywatyzacji, zanim giełda wystartowała. Mam szósty numer licencji. Dzisiaj mało kto pamięta początki giełdy, a był to bardzo ciekawy czas. Nikt nic nie umiał, wszyscy byliśmy zieloni. Przez pierwszy rok odbywała się tylko jedna sesja w tygodniu, we wtorki, a notowanych było zaledwie 5 spółek – Tonsil, Próchnik, Krosno, Śląska Fabryka Kabli i Exbud.

Kim byli pierwsi gracze?

Na początku giełda przyciągała specyficzne osoby. Takie możemy spotkać m.in. w kasynie. Pierwszymi spekulantami byli cinkciarze. Ci sami, co wystawali pod bankami i zarabiali na spekulacji na walutach. Kilku z nich wyrosło na naprawdę dużych graczy. Pan Bogdan z Warszawy i Pan Tadziu z Wrocławia rozdawali wówczas karty na parkiecie. Oni konkurowali ze sobą, puszczali różne informacje na rynek – czasem prawdziwe, czasem nie. Gdzieś tam się pojawiał jakiś artykuł w prasie, próbowali wpływać na opinię graczy. To byli goście, którzy najszybciej zrozumieli jak wykorzystywać swój kapitał i umiejętności w tamtych realiach.

Co się z nimi stało?

Ktoś zbankrutował, ktoś się wycofał z giełdy. Przestali mieć duże znaczenie, gdy na rynek wszedł zagraniczny kapitał. Zresztą, giełda cały czas zmienia się w czasie. Mając nawet swoją własną metodologię gry, trzeba umieć ją jak najszybciej modyfikować do zachodzących zmian. Są pewne stałe zasady, które należy stosować, ale nie ma złotej metody, która będzie działała zawsze.

Jest Pan prawdziwym dinozaurem giełdowym. Co mógłby Pan doradzić początkującym spekulantom?

Po pierwsze trzeba poznać samego siebie. Mówię tu o poznaniu własnej psychiki i umiejętności wyłączania emocji. Wiadomo, że w procesie dochodzenia do decyzji inwestycyjnej można stosować różne metody, ale finalnie wpływ na nas będą miały jedynie strach i chciwość. Im bardziej będziemy potrafili je kontrolować, tym będziemy mieli większe szanse na sukces. Niezmiernie ważne, szczególnie dla początkujących graczy, jest dopasowanie wielkości zaangażowanego kapitału w stosunku do swoich możliwości finansowych, ale też opanowanie emocji. Jeżeli będziemy grali zbyt małym kapitałem, zbyt lekko będziemy traktować nasze poczynania. Jeżeli zaangażowany na giełdzie kapitał będzie zbyt duży w stosunku do naszych możliwości, sami nawet tego nie zauważymy, jak będziemy myśleć jedynie o pieniądzach, a nie o sposobie gry.

Co w tym złego?

Aby wygrać na giełdzie, trzeba myśleć o sposobie gry, a nie o pieniądzach. Jeżeli będziemy umieli zwyciężyć w grze, pieniądze będą tylko końcową nagrodą. Najczęściej bankrutami zostają ci, którzy chcą dużo i szybko zarobić i nie potrafią kontrolować ryzyka.

To czym w takim razie jest intuicja spekulanta? Czy nie jest to przypadkiem pewien irracjonalny zmysł?

Lubię porównywać rok giełdowy do meczu piłkarskiego. Gra trwa 90 minut, a pojedynczy sukces – chwilę. Piłkarze muszą zasuwać przez kilkadziesiąt minut, a końcowy wynik to tylko różnica między zdobytymi i straconymi golami, czyli różnica między zyskami i stratami na giełdzie z pojedynczych transakcji. Piłkarze nie biegają przecież po boisku chaotycznie. Mają plan, określoną strategię, ciężko trenują. I wie Pani, co jest w tym najpiękniejsze? Podczas meczu może wydarzyć się dosłownie wszystko. Rzut karny, czerwona kartka, strzał w słupek. Element niepewności jest tak duży, że przyciąga niezliczone tłumy na stadiony. Legia nie zawsze musi przegrać z Real Madrytem, a reprezentacja Polski zawsze może wygrać z mistrzem świata, jak to miało miejsce w meczu z Niemcami w 2014 roku podczas eliminacji do Mistrzostw Europy. Podobnie jest z giełdą.

To znaczy?

Do każdej transakcji muszę się jak najlepiej przygotować i zaplanować strategię na każdy “mecz”. Jednak ostateczny wynik i tak poznam po końcowym gwizdku, bo w czasie meczu (roku) wszystko może się zdarzyć. Czasami remis lub nawet mała porażka może okazać się sukcesem, jeżeli przeciwnik był za trudny, lub zaszły okoliczności, których nie sposób było przewidzieć. W innym meczu (roku) wygrana kilkoma bramkami może wcale nie cieszyć, bo można było lepiej wykorzystać nadarzające się okazje. Innymi słowy, jest tyle zmiennych, na które nie mamy wpływu, że prognozowanie wyników nie ma większej racji bytu.

Jest taki zawód – analityk giełdowy. Właśnie Pan ich wszystkich zwolnił .

Analityk jest bardzo potrzebny np. do zbadania sytuacji w spółce, lub przeanalizowania sytuacji makroekonomicznej na danym rynku. Jednak czasami jest tak, że analityk to tylko teoretyk, który nie głosuje za tym, co mówi swoimi pieniędzmi. Często więc, snując prognozy rynkowe, bawi się we wróżkę i nic ponadto. Co więcej, jeżeli duży odsetek analityków, czy też komentatorów rynkowych ma podobne zdanie, to mamy bardzo duże prawdopodobieństwo, że będzie dokładnie odwrotnie. Na giełdzie większość po prostu nie może mieć racji. Problem w tym, że wcale nie jest łatwo zrobić odwrotnie, bo nam również udziela się rynkowy nastrój, jednak trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Czasami więc metoda “posłuchaj, co mówią eksperci i zrób na odwrót” jest bardzo skuteczna.

Żartuje Pan?

To są moje wieloletnie obserwacje, mógłbym nawet wskazać swoich faworytów wśród ekspertów, którzy mylą się w swoich prognozach prawie zawsze. Dotyczy to tych analityków lub ekspertów, którzy nie inwestują własnego kapitału. Gra wirtualna niczego nie daje, bo nie doświadczamy emocji związanych z własnym kapitałem. Gorzej, gdy myli się gracz. Była kiedyś taka legendarna postać na warszawskim parkiecie. Mówiliśmy na niego Pasiasty, bo lubił nosić koszulę w paski. Zawsze dokonywał bardzo dokładnej analizy przed każdą transakcją, uwzględniał każdy szczegół.

I?

I jak wszystko się zmienia, to jednego można było być pewnym – Pasiasty zawsze się mylił. Co więcej, wypierał te fakty ze świadomości i dalej z uporem maniaka kreślił swoje analizy. Oczywiście, zbankrutował. Ale znalazł się jeden spekulant, zresztą mój kolega, który docenił “talent” Pasiastego. Wynajął mu mieszkanie w Warszawie, płacił za utrzymanie, otworzył rachunek z rzekomo prawdziwą kasą i kazał grać. Pasiasty myślał, że gra naprawdę, więc robił to z pełnym zaangażowaniem i … oczywiście, przegrywał. Wtedy dostawał na konto kolejne sto tysięcy złotych i grał dalej.

Nie rozumiem. Co z tego miał owy spekulant-dobrodziej?

Obserwował ruchy Pasiastego i robił dokładnie odwrotnie, tyle że już na prawdziwej giełdzie. I to działało.

"Do przerwy 0:1"

Do każdej transakcji trzeba się jak najlepiej przygotować i zaplanować strategię na każdy “mecz”.
Ostateczny wynik i tak poznamy po końcowym gwizdku, bo w czasie meczu (roku) wszystko może się zdarzyć.